Spontaniczne Karkonosze z psem, planowane z kilku miesięcznym wyprzedzeniem :) [dużo zdjęć]

EDIT: Mam nadzieję, że długość postu Was nie odstraszy i dobrniecie do końca ;)

Tak się jakoś składa, że każdy nasz wyjazd w ostatecznym rozrachunku w ponad połowie kończy się spontanem. Mimo świadomości, że jadąc z psem, trzeba wcześniej zrobić mały rekonesans i rozeznać się w psiolubności rejonu, często robimy to bardzo pobieżnie (dla tych, którym ta info umknęła, śmigamy z minimum 2 sztukami). Tym razem miało być ciut inaczej.


Karkonosze, zawsze omijaliśmy łukiem, bo wszyscy tam jeżdżą, bo to nie Tatry, ani Bieszczady, nawet nie Beskidy, bo lajtowo… argumentów dlaczego nie, mogłabym wypisywać jeszcze kilka linijek zapewne. Myśl, by może jednak tam się wybrać zakiełkowała, kiedy znajoma zaczęła opowiadać i wzdychać o tym, jak bardzo psiolubne sa to okolice, a że Karpacz odwiedzają regularnie, to w końcu się przełamaliśmy. Nie był to plan sprecyzowany, ale jakiś wolny weekend.

Jak już zdążyłam wspomnieć, tym razem miał być inaczej. Podczas jednej z babskich herbatek i pogaduszek wystartował temat weekend w górach. Weekend, czyli stosunkowo niewiele czasu, więc szkoda marnować go na podróż. Oczywiście oczywistą oczywistością było, że weekend z psami. Łącząc wszystkie aspekty ze sobą wyszło, ze Karkonosze. Kalendarze na stół, reszta na łączu audio i jest, udało się ustalić wspólny termin na za 3 miesiące. Sporo czasu na przygotowanie się, ale wszystko odkładane na później, bo jeszcze mamy czas, a na już są ważniejsze sprawy. Im bliżej tego weekendu tym większe podkręcenie, a wieczorem dnia poprzedzającego wyjazd bum. Odwołane. Złość, żal, niedowierzanie, ale widocznie tak miało być, bo przecież nic nie dzieje się w życiu bez powodu.
Tak miało być widocznie po to, by znalazł się miejsce na nieodłączny spontan. Ostatecznie kilka godzin przed wyjazdem nastąpił totalny obrót sprawy. Jedziemy, hurra! Na spakowanie się mamy jakąś godzinę, w sumie nie podjęliśmy żadnej decyzji w związku z noclegiem, na miejscu będziemy po północy, ale co tam. Przed samym wyjazdem załapaliśmy się na kilka niewielkich przygód, ale te największe były przed nami.


Na pierwszy ogień poleciał nocleg. W sumie mięliśmy jedną sprawdzoną miejscówkę, w której tylko trzeba było potwierdzić, że będziemy… Trzeba było to zrobić do dnia poprzedniego, więc jak się okazało wszystko zajęte. Humor jednak nas nie opuszczał, nawet po wykonaniu około 40 połączenia, gdzie w odpowiedzi usłyszeliśmy po raz kolejny, ze wszystko zajęte. Zrobił się wieczór, a nam zostało jeszcze kawałek drogi i nawet były momenty kiedy nadzieja na nocleg pod dachem wracała „dla czterech osób, coś by się znalazło…”, aaa ale z nami są 3 psy… „oj to nie zmieścimy, psy to nie”. Dopadła nas głupawka. Cztery osoby i trzy psy… Skoro same cztery osoby,  gdzieś udałoby się upchnąć, to może zamiast trzech psów będziemy mięli „ci psy”. Jak przejdzie to przecież na miejscu można zawsze wyskoczyć z akcją „przecież przez telefon informowaliśmy, że mamy ze sobą 3 psy. Jednak nigdzie nie chcieli 4 osób więc nie było ważne co zabraliśmy ze sobą.

Tuż po 22, kiedy już straciliśmy nadzieję na noc pod dachem, a zapomniałam wspomnieć o drobnym szczególiku – ostatecznie zostawiliśmy namioty w domu. Więc będąc bez noclegu i mając przed sobą jakieś 3 godziny drogi, postanowiliśmy skorzystać z małego asa, który trzymaliśmy w rękawach na czarną godzinę. Tak się jakoś złożyło, że 3 z tych czterech osób jest instruktorami ZHP, w tym 2 czynnie działających, a w Szklarskiej Porębie mieści się baza obozowa jednego z hufców. Nie mogło być inaczej. Szybki look w internety i kolejny telefon rozpoczął się od „Czuwaj, Druhno… jesteśmy w trudnej sytuacji noclegowej, przed sobą mamy jeszcze około 2 godzin drogi, z ze sobą mamy 3 psy…”. Nie całe 10 min później wiadomo już było, że nie będziemy spać w samochodzie.
Jeszcze raz bardzo dziękujemy Druhnom z Hufca Czerwonak za przygarnięcie nas.


Muszę przyznać, że te kilka chwil spędzonych na terenie obozu, wywołało we mnie lawinę wspomnień. Nawet się śmiałam, że mój syn Shadow liznął harcerskich przygód, bo pod koniec mojej 12-sto letniej przygody, bywał jako gość specjalny na zbiórkach, a nawet na kilku biwakach. Rasta niestety nie miała ju takie okazji, aż do tego mementu.  Widać było, że dziewczynie się podobało, więc dalej twierdzę, że nic nie dzieje się przez przypadek.



To tyle jeśli chodzi o przydługi wstęp ;) Przejdźmy może do niemniej ciekawych, ale ciut istotniejszych wątków, miejsc.

Większość osób jadąc w Karkonosze zaczyna od Karpacza, Śnieżki, Szklarskiej poręby, czy wodospadów, więc można się chociażby na facebooku naoglądać zdjęć z tych miejsc. Wiadome było, że jesteśmy ograniczeni czasowo i na pewno nie uda nam się na jeden raz wszystkiego zobaczyć. Dlatego postawiliśmy na miejsca, które z reguły lądują na dalszych miejscach listy do zwiedzenia.

Przez całą drogę widoki zapierały dech w piersiach. Po raz kolejny przekonałam się, że w tych niższych pasmach górskich, też może być pięknie i mają one swój urok.
Tak więc konsumpcję Karkonoszy zaczęliśmy od Skalnego Miasta w Czechach. Miejsce idealne na wycieczki z czworonogiem. Z resztą na szlaku spotkaliśmy niemałą liczbę kudłatych turystów, z resztą w cenniku przy wejściu widnieje pozycja „pies”, więc wszystko odbywa się legalnie za naprawdę drobną opłata. Patrząc na ilość znaków zawartych we „wstępie”, pozwolę sobie się już w tej części nie rozpisywać, a w zamian dorzucę kilka fotek.
Miejsce naprawdę polecamy, ale sugerujemy awaryjnie zaopatrzyć się w żarełko, bo nam nie udało się trafić na smaczny obiad w tej okolicy. W zasadzie część miejscowości, którą mięliśmy okazję obejrzeć po wyjściu ze Skalnego Miasta, nas rozczarowała. Przy takiej ilości turystów liczyliśmy na coś więcej.












Lekko głodni wróciliśmy do Polski i postanowiliśmy, że na kolejną noc zamiast szukać noclegu, zakupimy w jakimś markecie namioty. Pomysł genialny, szkoda tylko, że w promieniu parędziesięciu kilometrów, albo nie było ich w ofercie, albo się wyprzedały. Uratowało, nas Tesco w Jeleniej Górze, w którym ostało się kilka sztuk. Po uzupełnieniu zapasów żywieniowych (niestety prawda jest, ze taniej nas ubierać niż żywić) i nabyciu własnych „mieszkań”, rozpoczęliśmy namierzanie miejscówki na zainstalowanie własnych m. Obraliśmy taką lokalizację, by następnego dnia jak najszybciej wyruszyć na szlak. 


Jako, że moja sowa w terenach górskich zawsze upgraduje w rannego ptaszka, zanim nasi współtowarzysze wstali, my zdążyliśmy zaliczyć poranną toaletę, uzupełnienie zapasów żywieniowych, a nawet ich konsumpcję. 




Kolejne kilka godzin spędziliśmy podążając żółtym szlakiem by zobaczyć Śnieżne Kotły. Są to najefektowniejsze i najlepiej wykształcone kotły polodowcowe w całych Karkonoszach. Po drodze oczywiście nie obyło się bez przygód. Pierwsza, niedługo po starcie. Pańciuniu Chcąc wdrapać się na Kukułcze skały rozciął sobie głowę. Jako, że Rude Wiedźmy bywają wredne, pominę komentarz, w zamian dołączę fotkę własnoręcznie skonstruowanego opatrunku. Jeśli byłoby słabo widać wspomnę tylko, że była kokardka, a ów opatrunek został zdemontowany dopiero w Szczecinie, z informacją, że gdyby nie moja złość w tamtym momencie, byłby tylko czepcem bez kokardki i instalacji pod broda :)



W połowie trasy zaliczyliśmy krótki przystanek w Schronisku pod Łabskim Szczytem, na małe co nieco. W tym miejscu nawiązaliśmy bardzo miłą znajomość. Zahir wraz ze swoim panem Markiem, na co dzień pracują w GOPRze, w zasadzie w tym momencie, tez byli na służbie. Żeby było zabawnie, Zahir pochodzi, ze Szczecina i dosłownie kilka dni przed spotkaniem z nami był w odwiedzinach w rodzinnych stronach.  







Wracając do tematu Śnieżnych Kotłów, polecam popatrzeć na zdjęcia. Więcej słów nie trzeba.


















Oczywiście po powrocie do domu, wszyscy padli jak małe dzieci, ale przez sen malowały się wielkie uśmiechy na paszczękach. Tak więc przy pierwszej możliwej okazji wracamy w tamte strony mam nadzieję na dłużej. 

Tymczasem nasz kochany Toudi wyciągnął swoich państwa, na szwędaczki po Czeskiej części Karkonoszy. Na swoim fanpage wrzucał już info o nowo poznanych ziomkach. Dlatego zachęcamy do zaglądania na jego profil. Zapowiada się ciekawie. 



Share:

0 komentarze