La(ta)ny poniedziałek i zapsione święta...



Święta u zapsionych szybko minęły. Piątek i sobota upłynęły na zakupach i przygotowaniach. Jedzonko oczywiście wegańskie, a w tym roku nawet imitacji jajek nie chciało nam się robić. Były za to pyszności z poniższych przepisów:

Sernik
Babka piaskowa
Warzywne bezglutenowe paszteciki
Tort Oreo
Pasztet z soczewicy i kaszy jaglanej z żurawiną
Bułeczki bezglutenowe
Kotlety z kaszy jaglanej, na które przepis sprzedała mi Kasia z Podróże z psem, pojawiają się u nas regularnie, bo są przepyszne!

Sernik był nie do odróżnienia z prawdziwym, pasztet gości u nas regularnie, bo jest genialny. Reszta też na stałe wpisze się w nasz jadłospis. Jedynie warzywne paszteciki miały dziwny posmak, ale to chyba wina za dużej ilości ziół wsypanych „na oko”.

W niedziele trzeba było znaleźć kilka chwil na spotkania rodzinne. Żeby było łatwiej i nie trzeba było robić pielgrzymek, tradycyjnie w niedzielne popołudnie wszyscy wpadają do nas.
Kiedy wszyscy rozeszli się do swoich domów, my zaczęliśmy świętować po swojemu. Najpierw wypad na wybieg,
a w poniedziałek zaraz po śniadaniu całodniowy wypad w teren.

La(ta)ny poniedziałek udał się super! W moim odczuciu jeden z najbardziej udanych spacerów „grupowych”.
Na początku była lekka irytacja, bo zakładając wydarzenie dużo wcześniej, miałam  nadzieję, że będzie sporo chętnych. Rozumiem, że święta są czasem rodzinnym i wolnym od pracy, ale nie trzeba go przecież spędzać na kanapie przed tv z górą jedzenia. Chęć udziału wyraziło 14 osób, z czego pojawiły się 3 (wliczając nas). Jeśli coś nam wypada, zawsze rezygnujemy z udziału, by osoba organizująca coś miała pogląd na całą sprawę. Tym bardziej, że nie wszystkich zawsze się zna i nie wszyscy mają do siebie nr kom. Więc nigdy nie wiadomo, czy na kogoś czekać czy nie. Przykre jest, że aż tyle osób okazuje brak szacunku do organizatora i nie informuje o rezygnacji.
Negatywów było by na tyle ;)
Pogoda dopisała, tereny przepiękne. Możliwość obserwowania przyrody: sarny, łabędzie, czaple, konie, bażanty…
Psiaki  zadowolone maszerowały przed siebie. Towarzystwo dwunożne rewelacja :) Kilka przerw na mini sesje zdjęciowe w ciekawych miejscach. W ramach zaczerpnięcia oddechu i szybkiej regeneracji wpadliśmy na soczek do Pub Włóczykij. Lokal ten jest bardzo psiolubny. Właściciel przygotował nawet poczęstunek dla psiaków w postaci polędwicy, niestety kucharz gdzieś ją nieświadomie schował :P Na pocieszenie od Pana Właściciela i Barmana futerka otrzymały soczystą porcję miziania :)

Jakby atrakcji było mało, wracaliśmy pociągiem. Nasze futra znają ten środek lokomocji, natomiast dla Dextera był to pierwszy raz. Bardzo udany pierwszy raz!
Bonusowo z dworca, do  miejsca, w którym zostały nasze auta, przemieściliśmy się superową terenówką. Kto nie był niech żałuje.

p.s. Karina dziś potwierdziła, że 20 km to wcale nie tak dużo, więc nie ma czego się bać :)











Więcej zdjęć TUTAJ



Share:

3 komentarze

  1. Świetne zdjęcia (jak zawsze zresztą). Drzewne psy wymiatają, he he. No i zazdroszczę Wam tego spacerku, my w końcu zamiast łazić gdziekolwiek, podjechałyśmy samochodem na plażę, więc psiny miały mokry lany poniedziałek.
    PS. Dzięki za miłe słowa o kotletach :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O tak,długi spacer obowiązkowo! :D Ja miałam problem żeby wyciągnąć kogokolwiek z rodziny na spacer, a sama od razu korzystam z wolnego bo jak to zaraz wracać na uczelnię i nie skorzystać z możliwości tak długich spacerów, a też jestem miłośniczką długich dystansów ;).

    OdpowiedzUsuń
  3. Super sprawa taki spacer. Masz rację, powinno się dać znać wcześniej.. oby następnym razem więcej chętnych się zgłosiło. Jak dzieci odchowam i przygarnę psiaka- to się piszę :D

    OdpowiedzUsuń