Mówili, że Tatry z psem są czymś niemożliwym, no a my lubimy udowadniać, ze "niemożliwe" jest możliwe.
Na góry czailiśmy się już jakiś czas, ale zawsze znajdowało się coś co zatrzymywało nas przed wyjazdem. Tym razem wewnątrz miałam poczucie, że tym razem musi się udać. Jako, ze znajomy podróżnik bardzo dużo opowiadał mi o terenie Spiszu i bardzo zainteresowały mnie jego opowieści, postanowiłam, ze o te rejony zahaczymy. Korzystając z faktu iż kilka km od Zakopanego mieszka moja rodzina, mięliśmy trochę ułatwień. Pamiętając, że w wiele miejsc z psami nie można, to przed wyjazdem próbowaliśmy zasięgnąć troszkę info. Niestety nie za dużo udało nam się dowiedzieć. Dzwoniąc do Tatrzańskiego Parku Narodowego, do Informacji Tatrzańskiego Parku Narodowego, schroniska na Polanie Chochołowskiej - każdy udzielał nam innej info odnośnie wstępu z psami do Doliny Chochołowskiej, Lejowej oraz o trasie z Lejowej do Chochołowskiej. Musieliśmy sprawdzać wszystko na miejscu.
Termin wyjazdu szacowaliśmy na ostatnie dni lipca - pierwsze dni sierpnia. Jednak wszystko się pozmieniało i 17 pakowaliśmy się już do pociągu. Bez zamieszania przed wyjazdem się nie obyło.
Dzień wcześniej spędziliśmy 2 godziny na dworcu PKP. Próbowaliśmy uzyskać informację jakie bilety mamy kupić i jak zorganizować nam przejazd. Ponieważ pociąg ze Szczecina do Zakopanego jedzie więcej niż 2 godz, postanowiliśmy wziąć większy transporter, który planowaliśmy na czas podboju południa, zostawić u rodzinki. No i problem nikt, począwszy od kasjerek poprzez kierownictwo, nie był w stanie udzielić nam odpowiedzi, co w sytuacji kiedy 2 psy jadą w 1 transporterze :) Jak się okazało osobą decyzyjną jest kierownik pociągu. Więc dalszy ciąg zamieszania polegał na odnalezieniu właściwego kierownika pociągu (przed samym odjazdem we wtorek) i ustalenia z nim wersji. Na peronie znaleźliśmy 3 panów rozmawiających ze sobą. Jeden powiedział, że w takiej sytuacji psy jadą za darmo, kolejny że płaci 1 pies, a trzeci pan się zastanawiał. Na naszą korzyść okazało się, że pierwszy pan był kierownikiem naszego pociągu.
Tracąc tyle czasu w poniedziałek na dworcu, na szykowanie rzeczy niezbędnych dla nas i psów zostało niewiele czasu, oczywiście trzeba było jeszcze pranie na szybko zrobić, bo żadne z nas się nie spodziewało tak nagłego obrotu sprawy.
Podróż do Zakopanego nam się wydłużyła, bo pociąg musiał się sporo cofnąć i jechać objazdem, gdyż na naszej trasie wykoleił się jakiś skład przewożący węgiel :D Całe szczęście nie nudziliśmy się gdyż zapoznaliśmy się z pewną sympatyczną rodzinką z 2 dzieci, a konduktorzy przy każdym postoju informowali nas ile stoimy i czy możemy na siku iść, w sensie z psami. Kiedy zbliżaliśmy się do celu za oknem zaczęły pojawiać się przepiękne krajobrazy i już nic nie było w stanie nam humorów zespuć.
Na miejscu czekał na nas wujek, który samochodem zabrał nasz transporter i duże plecaki, a my po porannej toalecie przy dworcu, ruszyliśmy na "rozchodzenie się". Jako, że mój D. nigdy w Zakopanem nie był, a ja byłam ostatni raz wieki temu, postanowiliśmy połazić po okolicy. Samym centrum byliśmy strasznie zniesmaczeni. Nie spotkaliśmy żadnego niedźwiedzia ani górala :/ za to pełno maskotek hello kity itp. Kiedy chcieliśmy zamówić pizze i usiąść z psami na terenie ogródka, obsługa nie wyraziła zgody gdyż z psami nie wolno, pomijam fakt, że ludzi praktycznie nie było.
Turyści natomiast reagowali na nas bardzo entuzjastycznie, kilka osób nawet sobie fotki z psami zrobiło :) Byliśmy sporą atrakcją, no ale co się dziwić jak teraz jedyne co ludziom oferują to jakieś zmutowane maskotki które nie mają nic wspólnego z tym regionem. Aa zapomniałam wspomnieć, że Rasta nawet zaliczyła przejażdżkę na kolanach pewnego miłego pana, poruszającego się za pomocą wózka inwalidzkiego.
Na góry czailiśmy się już jakiś czas, ale zawsze znajdowało się coś co zatrzymywało nas przed wyjazdem. Tym razem wewnątrz miałam poczucie, że tym razem musi się udać. Jako, ze znajomy podróżnik bardzo dużo opowiadał mi o terenie Spiszu i bardzo zainteresowały mnie jego opowieści, postanowiłam, ze o te rejony zahaczymy. Korzystając z faktu iż kilka km od Zakopanego mieszka moja rodzina, mięliśmy trochę ułatwień. Pamiętając, że w wiele miejsc z psami nie można, to przed wyjazdem próbowaliśmy zasięgnąć troszkę info. Niestety nie za dużo udało nam się dowiedzieć. Dzwoniąc do Tatrzańskiego Parku Narodowego, do Informacji Tatrzańskiego Parku Narodowego, schroniska na Polanie Chochołowskiej - każdy udzielał nam innej info odnośnie wstępu z psami do Doliny Chochołowskiej, Lejowej oraz o trasie z Lejowej do Chochołowskiej. Musieliśmy sprawdzać wszystko na miejscu.
Bo każdy wie, ze do podróży trzeba się przygotować.
A następnie spakować :)
Dzień wcześniej spędziliśmy 2 godziny na dworcu PKP. Próbowaliśmy uzyskać informację jakie bilety mamy kupić i jak zorganizować nam przejazd. Ponieważ pociąg ze Szczecina do Zakopanego jedzie więcej niż 2 godz, postanowiliśmy wziąć większy transporter, który planowaliśmy na czas podboju południa, zostawić u rodzinki. No i problem nikt, począwszy od kasjerek poprzez kierownictwo, nie był w stanie udzielić nam odpowiedzi, co w sytuacji kiedy 2 psy jadą w 1 transporterze :) Jak się okazało osobą decyzyjną jest kierownik pociągu. Więc dalszy ciąg zamieszania polegał na odnalezieniu właściwego kierownika pociągu (przed samym odjazdem we wtorek) i ustalenia z nim wersji. Na peronie znaleźliśmy 3 panów rozmawiających ze sobą. Jeden powiedział, że w takiej sytuacji psy jadą za darmo, kolejny że płaci 1 pies, a trzeci pan się zastanawiał. Na naszą korzyść okazało się, że pierwszy pan był kierownikiem naszego pociągu.
Tracąc tyle czasu w poniedziałek na dworcu, na szykowanie rzeczy niezbędnych dla nas i psów zostało niewiele czasu, oczywiście trzeba było jeszcze pranie na szybko zrobić, bo żadne z nas się nie spodziewało tak nagłego obrotu sprawy.
Podróż do Zakopanego nam się wydłużyła, bo pociąg musiał się sporo cofnąć i jechać objazdem, gdyż na naszej trasie wykoleił się jakiś skład przewożący węgiel :D Całe szczęście nie nudziliśmy się gdyż zapoznaliśmy się z pewną sympatyczną rodzinką z 2 dzieci, a konduktorzy przy każdym postoju informowali nas ile stoimy i czy możemy na siku iść, w sensie z psami. Kiedy zbliżaliśmy się do celu za oknem zaczęły pojawiać się przepiękne krajobrazy i już nic nie było w stanie nam humorów zespuć.
Nasza prywatna miejscówka na całą trasę :)
Nikt się nie nudził :)
Na miejscu czekał na nas wujek, który samochodem zabrał nasz transporter i duże plecaki, a my po porannej toalecie przy dworcu, ruszyliśmy na "rozchodzenie się". Jako, że mój D. nigdy w Zakopanem nie był, a ja byłam ostatni raz wieki temu, postanowiliśmy połazić po okolicy. Samym centrum byliśmy strasznie zniesmaczeni. Nie spotkaliśmy żadnego niedźwiedzia ani górala :/ za to pełno maskotek hello kity itp. Kiedy chcieliśmy zamówić pizze i usiąść z psami na terenie ogródka, obsługa nie wyraziła zgody gdyż z psami nie wolno, pomijam fakt, że ludzi praktycznie nie było.
Turyści natomiast reagowali na nas bardzo entuzjastycznie, kilka osób nawet sobie fotki z psami zrobiło :) Byliśmy sporą atrakcją, no ale co się dziwić jak teraz jedyne co ludziom oferują to jakieś zmutowane maskotki które nie mają nic wspólnego z tym regionem. Aa zapomniałam wspomnieć, że Rasta nawet zaliczyła przejażdżkę na kolanach pewnego miłego pana, poruszającego się za pomocą wózka inwalidzkiego.
Plan zwiedzania :)
- PKP
- Bachledzki Wierch - całkiem fajna "górka" gdzie bez problemu można z psiakiem się wybrać
- Krupówki - gdyby nie mili turyści nie mielibyśmy nic miłego do powiedzenia, zawiódł nas poziom komercjalizacji tego miejsca i zanikający klimat tego miejsca
- Gubałówka - wszyscy się nam przyglądali i byli zdziwieni, że nie korzystamy z kolejki, a z własnych nóg. Zaskakiwały nas rodzaje obówia w jakich ludzie schodzili z góry (plastikowe japonki na obcasie w teren??). Spotkaliśmy kilka psich turystów :)
W drodze na Gubałówkę (w tle jeden ze spotkanych psich turystów)
- Później przez Dzianisz, Chochołów do wioski Ciche Górne - gdyby nie moja mama, która pomyliła "Ciche Górnne" z "Dolnym" zaoszczędzilibyśmy troszkę kilometrów :). Tu nocowaliśmy. Skorzystaliśmy z przydomowego ogródka rodziny, gdzie rozbiliśmy sobie namiot i po wspaniale działającym prysznicu i kolacji poszliśmy spać. Jako, że ja należę do gatunku żyjących w nocy, a później do południa nie mogę się obudzić, Dani myślał, że się wyśpi. Miłość do gór obudziła mnie o 5, żeby D. mógł jeszcze pospać, wstałam na paluszkach, wzięłam psy i chciałam poszwendać się po okolicy. Niestety zapomniałam o wiejskich burkach, które podniosły alarm jak tylko się poruszyłam, więc było koniec spania. Pochodziliśmy po wsi, poopowiadałam Daniemu trochę historii związanych z tymi miejscami z dzieciństwa. Zrobiłam sobie nawet zdjęcie z rudą krową :) Najlepsza była staruszka, którą zapytałam, czy moge sobie zdjęcie z jej krową zrobić odpowiedziała z ogromnym zdziwieniem " oczywiście a to my w tv będziemy?!". Z wiejskimi psiakami mało kto na spacery chodzi, stąd ogromne zdziwienie, że tam się krowy wyprowadza na spacer a my taki taki szmat drogi z psami :)
Kościół w Dzianiszu
Bo spacery o 5 rano są fajne :)
Dwie Rude :)
A to już w busie
- Nie mając pojęcia jak w praktyce wygląda spacer Doliną Lejową i
Chochołowską z psami, busem udaliśmy się na miejsce by sprawdzić jak jest w praktyce. Podobno
zakaz jest, ale nikt tego nie pilnuje. Pokierowano nas do Lejowej. Tam
zapłaciliśmy za wejście za siebie, a „psów pan nie widział” i co się
okazało, że mnóstwo ludzi odwiedza te miejsca z psami. Maszerowaliśmy
przez Ścieżkę nad Reglami, docelowo do schroniska na Polanie
Chochołowskiej. Na ostatnie ok. 1,5-1 godz. przed schroniskiem złapała
nas ulewa. Przemknęliśmy doszczętnie. Psiaki tak samo. Na miejscu
okazało się, że z psami nie wejdziemy. Rozbiliśmy się na ganku. Było
sucho. Psiaki zrobiły mega wrażenie na innych podróżujących i nawet
zaoferowano im prywatny kocyk by na betonie nie leżały
Tam spędziliśmy noc. W środku skorzystaliśmy z wrzątku, gorącej zupy i łazienki.
Początek - Dolina Lejowa
Z tej restauracji korzystaliśmy na trasie ;)
Polana Jamy i relax :)
Suszenie po burzy na pożyczonym kocyku
Dla takich poranku warto koczować na ganku :)
Poznany w drodze powrotnej pies, również na terenie Doliny Chochołowskiej (państwo bez problemu weszli głównym wejściem)
- Po cudownym wschodzie słońca ruszyliśmy dalej. Najpierw do wejścia do Doliny Chochołowskiej i stamtąd busem do Białki Tatrzańskiej. Tu na pewno będziemy chcieli wrócić. Było rewelacyjnie. Przemili ludzie i tereny zapierające dech w piersiach.
Nasza miejscówka w Białce Tatrzańskiej. Nawet prąd i światło mięliśmy :)
Psy stróżujące
Kolacja :)
Sypialnia
Poranny prysznic był super
Herbatka do śniadania :)
Śniadanko
Ruszamy dalej
- Następnie dotarliśmy do wsi Trybsz, a z niej do Niedzicy, tam spędziliśmy 2 noce.
Rasta wylegując się na zaporze w Niedzicy przyciągała turystów z pytaniami i aparatami :)
- W drodze powrotnej zwiedziliśmy Nowy Targ i przy pomocy PKP wróciliśmy do Szczecina.
A tak wracaliśmy
Nie można nie wspomnieć o fakcie, że za przejazdy busami za psy nie zapłaciliśmy ani grosza. Kierowcy zdziwieni, że pytamy czy można i że się dziwimy, że za darmo :)
































